Doświadczenie

 Zanim zostałam Mamą, miałam pewne doświadczenie z dziećmi, bo zajmowałam się i młodszą siostrą i dziećmi cioć i sąsiadów. To doświadczenie wiele mi nie dało, bo każde dziecko jest inne. Ale nie o takim doświadczeniu…

Mówi się, że nie pojmie się miłości macierzyńskiej, bezwarunkowej miłości do dziecka, dopóki się jej nie doświadczy. To akurat prawda. Ale też nie o takim doświadczeniu…
Chciałabym powiedzieć o doświadczeniu przez dziecko. O doświadczeniu Świata. O Poznaniu i Próbowaniu przez wielkie „P”.
Każdy, nawet niedoświadczony rodzic wie, że dzieci poznają świat. Że poznają początkowo głównie organoleptycznie. Że zadaniem rodziców jest pokazać dziecku ten „cały świat” i jakoś go wytłumaczyć. I każdy rodzic wie, że to zadanie trudne i odpowiedzialne. I rzadko który rodzic wie, jak się do tego zabrać. Ja – mimo doświadczenia – nie wiedziałam. Mój Synek jest wspaniałym, energicznym, ciekawym świata Chłopcem. Od okresu niemowlęcego zaprzeczał wszelkim teoriom, że dziecko potrzebuje spokoju i nadmiar bodźców mu szkodzi. Synek potrzebuje ruchu, nowych wrażeń i doświadczeń, inaczej po prostu szybko się nudzi, złości i marudzi. I ja go bardzo dobrze rozumiem, bo ja też długo w spokoju nie usiedzę. Chyba wdał się w Mamusię ;-) No ale jak – respektując wszystkie książkowe teorie, mądre rady lekarzy, psychologów, rodziny i znajomych – pokazać dziecku ten „cały świat”? Jak się do tego zabrać? Na co można pozwolić? Jakich zasad przestrzegać? Jaki jest plan?

Czułam się bezsilna i zagubiona. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i – podobnie jak w innych dziedzinach opieki nad dzieckiem i wychowania – posłuchać własnej intuicji. Najpierw wnikliwie obserwowałam Synka, co lubi, co chce robić, co go cieszy, a co powoduje płacz. Takie obserwacje najlepiej zacząć już w okresie wczesnego niemowlęctwa. Dziecięce upodobania się zmieniają, oczywiście, ale na pewno nie wszystkie i nie zawsze. Kolejnym etapem było przystosowanie mieszkania do małego Eksploratora. Zabezpieczyłam co się dało, jednak bez przesady, nie wyłożyłam podłogi puchem, nie zmieniłam mebli na piankowe, nie usunęłam kontaktów elektrycznych… Po co? Czy to byłby właśnie świat, który chcę pokazać dziecku? Na pewno nie. Nie chcę go oszukiwać i pokazywać i uczyć go czegoś, co nie jest „prawdziwe”. Prawdziwe jest to, że w mieszkaniu jest twarda podłoga, są kanty mebli, są kable i kontakty. Oczywiście, moją – jako Mamy – rolą, jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa i jestem odpowiedzialna za dopilnowanie go. Synek, kiedy już ruszył z miejsca i zwiedzał mieszkanie – był zachwycony. Nie raz i nie dwa się przewrócił, uderzył, upadł, wpadł na ścianę czy szafkę. Nigdy nie stało mu się nic poważniejszego niż mały siniak lub guz na czole. Zawsze byłam w pobliżu i reagowałam w odpowiednim momencie. Dzięki temu, że poznał twardość podłogi, doświadczył zderzenia z szafą, od początku poruszał się bardzo ostrożnie. Raczkował i chodził sprawnie i szybko, ale umiejętnie upadał – na zabezpieczoną pieluchą pupę. Szybko łapał równowagę i potrafił sprawnie przytrzymać się kiedy ja tracił. 

Ale nadal ciekawość pchała go do przodu. Nasze spacery niektórzy komentują jako „koszmarne”. Nie wiem dlaczego. Dla mnie to sama frajda. Synek doświadcza „całego świata”: trawy, betonu, błota, robaczków… wszystkiego! Godzinami oglądamy dźwig i koparkę na budowie albo jeździmy w te i z powrotem tramwajem – bo lubi! Synek poznaje świat a ja odkrywam go z nim na nowo! Wiecie, że można się pół godziny gapić na księżyc i opowiadać o nim? A wiecie, że jabłuszko osobiście wybrane na straganie, wytarte tylko chusteczką, takie ze skórką – smakuje najlepiej? A wiecie, że błoto jest naprawdę mokre i brudne? I nie jest smaczne? Wiecie? Bo mój Synek sprawdził to osobiście. Doświadczył wilgoci, doświadczył zimna, smaku… Nie, nie karmiłam go trawą i ślimakami z ogródka, ale tak, próbował. Nie smakowały mu (na szczęście!). Wiem, że niektórzy obruszą się natychmiast – co za Matka! A te bakterie, a te zarazki, co ona robi swojemu dziecku, jak je naraża! Hmmm… być może. Staram się kierować jego uwagę na to co czyste, ale jeśli się nie uda, nie panikuję. Piasek to nie trucizna. Prawie każde dziecko kiedyś w życiu go spróbowało lub spróbuje. I tylko od reakcji rodzica zależy jakie wnioski z tego wyciągnie. Czy z paniki i krzyku rodzica wywnioskuje, że to trucizna, coś zakazanego, a więc może ciekawego? Czy ze spokojnej akceptacji, wyjaśnienia i pokazania do czego można (oprócz jedzenia) użyć piasku, wywnioskuje, że to coś normalnego, z czym można robić różne rzeczy (babki z piasku, przesiewanie przez sitko, kopanie łopatką, ugniatanie w ręku), chociaż niekoniecznie jeść. 

Synek codziennie doświadcza świata. Wszystkimi zmysłami. Smakuje, dotyka, wącha, ogląda i słucha… Zdarzają się wpadki (ostatnio okazało się, że bardzo nie lubi jacuzzi) i wypadki (wspinając się do stołu ostatnio spadł z krzesła). Ale większość doświadczeń to nasze małe-wielkie sukcesy w poznawaniu świata. W doświadczaniu co jest gorące a co zimne (wiecie jakie to ciekawe trzymać dłonie w zamrażalniku? Zeskrobywać szron ze ścianek?). Co jest kwaśne a co słone (lizanie solniczki to fajna sprawa!). I różnych takich. Tak, Synek czasami jest brudny. Zachlapany czy ubłocony. Zdarza się. No trudno – umyję, przebiorę, wypiorę. To moim zdaniem naprawdę niewielka „cena” za nasze doświadczenia. I parafrazując znaną reklamę mogę powiedzieć:

Nowe spodenki dla Synka – 20zł.
Jego uśmiech kiedy chlapie się w błocie – bezcenny!

Anna S.

Komentarze Facebook

Najnowsze

Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry

Aby dodać treść zaloguj się lub wyślij na adres redakcji)

Chcesz poinformować o konkursie, akcji lub ciekawym wydarzeniu, które organizujesz? Wyślij link do konkursu wraz z opisem na adres redakcji redakcja(@)blogimam.pl :)

Patronat BlogiMam