Mój poród - jak wiele zawdzięczam współczesnej medycynie...

Cofając się w czasie o zaledwie miesiąc dokładnie pamiętam to uczucie… Czy to naprawdę aż tak boli? Czy dam radę i najważniejsze- czy będę potrafiła być matką?

Mając zaledwie 20 lat nie byłam tak doświadczona i emocjonalnie przygotowana na poród jak kobiety chociażby o parę lat starsze. Bardzo pragnęłam urodzić jak najprędzej, nic jednak na to nie wskazywało. Pierwotny termin miałam ustalony na 5 luty 2011, natomiast termin z USG na 21 stycznia. Między terminami były rozbieżności, ponieważ każdy lekarz obliczał to inaczej.

27 stycznia trafiłam do szpitala ze skierowaniem od lekarz prowadzącej z powodu opóźniającego się terminu (przez nią obliczonego na 21 stycznia). Przygotowałam w domu wszystkie niezbędne rzeczy i pojechaliśmy. Na izbie przyjęć potraktowano mnie dość chłodno i lekceważąco… Moim zdaniem dlatego, że mam tyle, a nie więcej wiosen.... Pani doktor podłączyła mnie pod KTG- zero skurczów, rozwarcie na 1 palec. Ale skoro miałam skierowanie musiały mnie przyjąć. Zostałam więc położona na sali przedporodowej dosłownie obok porodówki.

Pierwsza noc minęła spokojnie. Rano ordynator wziął mnie na badanie rozwarcia stwierdzając, że się "cofnęło" i nie jest to jeden palec, a opuszka . Byłam załamana. Tak bardzo chciałam być podłączona pod kroplówkę i mieć to za sobą…Usłyszałam jednak stanowcze NIE. Kazano mi za to chodzić po schodach i drażnić sutki. I tak do 4 lutego chodziłam po schodach, a ręce mnie już bolały od masowania sutków. Rano tego samego dnia ordynator zadecydował - balonik. „Co to w ogóle jest??” – pomyślałam. Okazało się to jednak nie takie strasznie jak mi opisywały panie leżące ze mną na sali. A przynajmniej na pewno nie gorsze od słuchania codziennie dziesiątek porodów, kiedy u mnie wszystko stało w miejscu. Bardzo przyjemny lekarz w sali zabiegowej włożył mi zacny balonik do szyjki macicy, co miało mi powiększyć rozwarcie. Chodziłam z tym balonikiem cały dzień...

Bez jakichkolwiek nadziei położyłam się do łóżka i zaczytana w „Bridget Jones” zauważyłam, że mam coś ciepłego na nodze.. Wstałam z łóżka, a tu chluuuuuuuuus! Myślę sobie - zaczęło się! Spanikowana zawołałam położną, która jedynie się zmartwiła, że im narobiłam kłopotu bo nie chce im się w nocy przyjmować porodu. Świetnie, prawda?

Była to godzina 20.30. Kazano mi wziąć pościel i tak znalazłam się na sali porodowej. Podłączyli mnie pod KTG. Skurcze były, jednak ja w ogóle ich nie czułam... Leżałam wkurzona, bo okazało się, że balonik w ogóle mi nie powiększył rozwarcia i wody odeszły mi przy 1 cm… Położne przygotowały mnie na to, że czeka mnie ciężka noc...

Ok 21.30 zaczęły się skurcze. Byłam bardzo zdziwiona, że od razu co 3 minuty. No bo jak to tak? Okazało się, że to dlatego, ponieważ wody już odeszły. Dzielnie znosiłam nasilające się skurcze do ok. godziny 24. Potem jednak zaczął się koszmar, bardzo silne skurcze nadal co 3 minuty, do tego krzyżowe i brzuszne. Nie byłam przygotowana na takie cierpienie. Nic mnie nie obchodziło, chciałam umrzeć, a była dopiero północ.

Rozwarcie nadal było 1 cm, a do tego malutka nie przywierała nawet głową do szyjki macicy. Nie mogłam nawet wstać z łóżka, gdyż mogłaby jej wyjść najpierw np. ręka. Tak mi przynajmniej tłumaczono. A ja marzyłam o prysznicu... Do godziny 9.30 rano przeżyłam koszmar! Takiego bólu NIGDY w życiu się nie spodziewałam, chciałam już naprawdę tylko umrzeć. Najlepsze było to, że rozwarcie nadal w ogóle się nie powiększyło, a w nocy nie mogli mi dać kroplówki ze względów bezpieczeństwa. Dostawałam tylko antybiotyk po to, żeby nie wdało się zakażenie po tym jak minęło już 11 godzin od odejścia wód płodowych. O 9.40 zaczął się jeszcze większy koszmar…

Położne zaczęły na mnie krzyczeć, a nawet wrzeszczeć żebym oddychała. Nie wiedziałam o co chodzi. Przerażona zaczęłam oddychać szybko, a one na to, że muszę więcej żeby dotlenić dziecko. Byłam w szoku. Wezwali lekarza, bo małej przy skurczach bardzo spadało tętno. Lekarz w biegu zadecydował o cesarskim cięciu (o które błagałam parę godzin wcześniej). Przerażona niebezpieczeństwem dziecka nawet nie pamiętam już tego strasznego bólu.

Gdy znalazłam się na sali cesarskich cięć, dostałam znieczulenie, po którym kompletnie nic mnie nie bolało. Wszyscy tam byli uprzejmi, co dodawało mi odwagi. Położyli mnie, dostałam jakiś zastrzyk w rękę i odpłynęłam. Nie pamiętam, co się działo potem. Słyszałam tylko jakby przez mgłę płacz dziecka i jakieś głuche rozmowy. Zapytałam, co z moim dzieckiem, a anestezjolog uspokoiła mnie, że mała jest już z nami i wszystko jest dobrze.

Wtedy poczułam największą ulgę w życiu. Zszyli mnie i przewieźli na salę, na której podłączyli pod monitor. Miałam tak leżeć 4 godziny. Odczuwałam błogą ulgę! Nie było żadnego bólu. Przywieźli mi moją perełkę, która ważyła 3000 g i miała 54 cm długości. Po 4 godzinach przewieźli mnie na sale normalną. Dostałam na noc ketonal. A rano już byłam na nogach :)

Zostałam ogłoszona najdzielniejszą mamą oddziału, ponieważ ani na chwilę nie oddałam małej. Od początku ją karmiłam sama, przebierałam również. Udowodniłam tym, że chociaż mam dopiero 20 lat będę najlepszą mamą dla mojej córeczki :) Na karcie wypisu napisane jest, że cesarskie cięcie nastąpiło z powodu zagrażającej zewnątrzmacicznej zamartwicy płodu. Lekarz przy wypisie powiedział mi, że gdybym rodziła 20 lat wcześniej to ani ja, ani moja córeczka byśmy nie przeżyły. Nikt wtedy by nie wiedział, że zarówno jej jak i mi spada tętno.

Dziękuję Bogu, że mogłam urodzić zdrową i silną dziewczynkę. Dałam radę i teraz mam kogoś, kto już zawsze będzie mnie kochał.

 Autorka: Barbara Wolf

Komentarze Facebook

Najnowsze

Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry
Magdalena.Siry

Aby dodać treść zaloguj się lub wyślij na adres redakcji)

Chcesz poinformować o konkursie, akcji lub ciekawym wydarzeniu, które organizujesz? Wyślij link do konkursu wraz z opisem na adres redakcji redakcja(@)blogimam.pl :)

Patronat BlogiMam