Historia narodzin Weroniki z perspektywy taty

Na kilka dni przed planowanym terminem porodu zdarzył się fałszywy alarm. Dla Renaty był to trzeci poród (jestem jej drugim mężem), dla mnie- pierwszy i jak dotąd jedyny. Jednak i ona dała się nabrać. Skurcze były na tyle silne, że nie namyślając się zbyt długo, zadzwoniliśmy po zaprzyjaźnionego taksówkarza, który ekspresowo przetransportował nas z Lidzbarka Warmińskiego do Olsztyna na porodówkę. Na miejscu jednak okazało się, że nasza córeczka jeszcze nie spieszy się zbytnio na ten świat.

O tym, że będzie to córka, wiedzieliśmy już wcześniej, po badaniach USG. Oczywiście stuprocentowej pewności nie był, a jedynie stwierdzenie lekarza, że nie może się doszukać „męskich atrybutów”, w związku z czym prawdopodobnie to córka. Nastawiliśmy się wobec tego na córeczkę i oczywiście wybraliśmy jej imię jeszcze na długo przed jej ujrzeniem. Weronika zanim się narodziła, już zdradzała swój „charakterek”. Potrafiła wywijać takie koziołki, że brzuch Renaty przybierał czasem wręcz fantastyczne kształty. Często przykładałem ucho do tego falującego brzucha, żeby posłuchać, jakie odgłosy dochodzą z magicznego świata „życia przed życiem” i… najczęściej dostawałem tęgiego kopniaka. Były to pewne prognozy na przyszłość, choć wówczas jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dziś sześcioletnia Weronika najchętniej wita się ze mną, wpadając na mnie rozpędzona, z siłą szarżującego triceratopsa, natomiast przez pierwsze kilka lat od wyklucia jej ulubionym zajęciem było skakanie po mnie na różne możliwe sposoby. Na te niemożliwe zresztą też. Wtedy jednak, z racji dzielącej nasze światy granicy, kończyło się zazwyczaj na kopniaku lub prawym albo lewym sierpowym.

Poniedziałek, 23 lutego otwierał TEN tydzień, w którym zaplanowany był poród. Renata obudziła się, zjadła śniadanie, po czym ze stoickim spokojem oznajmiła mi, że jedziemy rodzić. Najpierw jakieś pięć razy zapytałem ją, czy na pewno, a następnie jakieś piętnaście razy upewniłem się, czy nie wzywać taksówki. Renata jednak tym razem nie czuła potrzeby wielkiego pośpiechu. Czuła, że się zaczęło, lecz jednocześnie była pewna, że mamy jeszcze czas. Cóż…Kobiety, zdaje się, na ogół to wiedzą…Nie dyskutowałem więc i nie wzywaliśmy tym razem żadnej taksówki. Na spokojnie spakowaliśmy się, dzieci zostawiliśmy pod opieką dziadków, a sami pojechaliśmy do Olsztyna busem. Dlaczego wybraliśmy oddział położniczy właśnie w Olsztynie? Był to rok 2004 i zarówno cywilizacja, jak i humanizacja wciąż jeszcze w wielu małomiasteczkowych szpitalach pojawiały się najczęściej na plakatach reklamujących wyroby farmaceutyczne. W Lidzbarku Warmińskim robiono dopiero przymiarki do umożliwienia porodów rodzinnych. Ja natomiast trwałem w swoim postanowieniu, że chcę być obecny przy narodzinach mojego dziecka. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego, że pomóc to zbytnio nie pomogę, ale przynajmniej chciałem być przy Renacie, żeby ją wspierać. Oczywiście chciałem mieć również tę satysfakcję z przecięcia pępowiny i potrzymania swojej córeczki w chwilę po urodzeniu. W Lidzbarku zapewne pozwolono by mi wejść na pięć minut dzień po porodzie i tyle by było mojego.

Po przyjeździe do szpitala i dopełnieniu drobnych formalności Renata dostała jakiś zastrzyk, który miał przyspieszyć albo wywołać poród, czy jedno i drugie…W każdym razie nie wygoniono nas już do domu, tylko konkretnie zaczęliśmy w naszym życiu nowy etap pod tytułem: Weronika. Zastrzyk niebawem zaczął działać i Renata co i rusz zwijała się z bólu. Z tego, co pamiętam, to w szpitalu zjawiliśmy się około godziny 18.00. Miałem nadzieję, że nie będzie to trwało zbyt długo, że Weronika dołączy do nas jeszcze tego samego dnia. Czułem się nieco bezradny, widząc cierpienie swojej żony. Pielęgniarki kazały dużo chodzić, więc przemierzaliśmy całą porodówkę, niczym na spacerniaku, a Renata, co kilka minut przysiadała lub klękała bądź wręcz zwijała się w kłębek na podłodze. Nie mogąc czuć tego, co ona, a jedynie widząc objawy, stawałem wręcz na uszach, żeby zrobić cokolwiek, co mogłoby jej ulżyć. Najczęściej osiągałem efekt wręcz przeciwny do zamierzonego. Człowiek targany atakiem silnego bólu nie potrzebuje bowiem niczego innego niż jego ustąpienia, a wszelkie ingerencje z zewnątrz, które nie są w stanie uśmierzyć bólu, tylko pogarszają sprawę. Teraz wiem, że spacerując z Renatą po korytarzu i trzymając ją pod ramię, w chwili, gdy osuwała się na podłogę, powinienem uważać jedynie, by nie położyła się na czymś niewygodnym. Wszelkie próby przytrzymania jej powodowały tylko gorszy ból.

Niestety, nie braliśmy udziału w zajęciach żadnej szkoły rodzenia. Renata, która rodziła już wcześniej dwukrotnie, nie uważała, by było jej to potrzebne do szczęścia. To sam miałem iść? Tak więc zdany byłem jedynie na swój instynkt oraz na doświadczenie Renaty. O swoim instynkcie mogę powiedzieć tyle, że nie komunikujemy się wzajemnie zbyt często i rzadko kiedy mam od niego jakąś konkretną wiadomość. Natomiast jeśli chodzi o doświadczenie mojej żony, to ze wcześniejszych jej opowieści wynikało, że obydwa porody, które miała dotychczas, posiadały w zasadzie jeden wspólny mianownik: na końcu urodziła dziecko. Bo poza tym, różniły się od siebie niemal wszystkimi szczegółami. Jak się później okazało, poród Weroniki również nie był podobny do żadnego z wcześniejszych. Po jakichś czterech godzinach tej „drogi krzyżowej” po korytarzu, ktoś postanowił jednak coś zrobić. Do tego czasu bowiem Renata była cyklicznie badana i jej rozwarcie, pomimo wcześniejszego zastrzyku, pozostawiało wiele do życzenia.

Najprawdopodobniej dzięki słusznie podjętej decyzji skrócono znacznie cierpienia Renaty, które prawdopodobnie mogłyby jeszcze trwać godziny… Postanowiono wezwać anestezjologa w celu zrobienia znieczulającego zastrzyku, który nie tylko miał zredukować ból, ale również działał rozluźniająco, co powinno przyspieszyć zarówno rozwarcie, jak i odejście wód. Później dowiedzieliśmy się, że mieliśmy pod tym względem niezłe szczęście, gdyż akurat ten oddział, na którym zdecydowaliśmy się rodzić, miał jakieś specjalne układy. Na ogół bowiem takie zastrzyki, przynajmniej jeszcze wtedy, były płatne i dość drogie. U nas odbyło się to w ramach ubezpieczenia. Anestezjolog już od progu poinformował nas, że dosłownie przed chwilą wrócił z jakiejś zagranicznej wycieczki i właśnie miał zasiąść z rodziną do zakrapianej kolacji, więc gdyby zadzwoniono do niego parę minut później, to byłby już wyłączony z obiegu.

Renacie kazano położyć się bokiem na kozetce w pozycji embrionalnej, a następnie doktor poprosił o ciszę, oznajmiając, że musi wcelować w punkt na kręgosłupie, wielkości główki pinezki, i jeśli nie wceluje, to… lepiej nawet nie myśleć! Działo się to w okolicy północy. Byłem już niemal pewien, że teraz wszystko potoczy się lawinowo, jednak właściwie niewiele się zmieniło. Dalej odbywaliśmy swoją pielgrzymkę po korytarzu, a Renata nadal, co kilka chwil zwijała się z bólu. Kolejne badanie jednak wykazało zwiększenie rozwarcia. Było już po pierwszej, gdy poczuła, że musi skorzystać z toalety. Nagle usłyszałem, jak mnie woła, krzycząc, że wody jej odeszły. Niewiele myśląc, pobiegłem do pielęgniarek, by wszcząć alarm i w pierwszej kolejności usłyszałem, że mam się zamknąć, bo cały szpital zaraz obudzę. Toaleta była dość ciasna i nie było jak wjechać tam z wózkiem. Renata musiała więc z pomocą pielęgniarek zrobić kilka kroków sama, a tymczasem dziecko zaczęło już niemal wyglądać na świat!

Teraz naprawdę wszystko potoczyło się błyskawicznie. Być może kilka chwil zwłoki mogłoby spowodować, że nasze dziecko urodziłoby się w sedesie! Na szczęście jednak zarówno moja żona, jak i nasza córeczka były pod dobrą opieką. Gdy znaleźliśmy się na sali porodowej, kazano mi stanąć przy głowie Renaty i nie przeszkadzać. Trzymałem ją za rękę i obserwowałem wyłaniającą się w szybkim tempie główkę. Potem poszło już błyskawicznie. Ktoś dał mi do ręki nożyce, bym mógł odciąć pępowinę. Zdaje się, że nawet zapytano mnie przedtem, czy chcę. Pewnie, że chciałem. W końcu dzięki temu uzupełniłem jak gdyby swój wkład w narodziny swojego dziecka. Nie zapomnę jednak tego uczucia- nawet przebiegł mi po plecach lekki dreszcz, gdy poczułem, jak nożyce przecinają żywą tkankę. Weronika na chwilę zniknęła nam z oczu, zabrana przez lekarza, czy pielęgniarkę, toteż nie wiem, czy był ten legendarny klaps dla złapania oddechu przez małą.

Za chwilę jednak usłyszeliśmy jej donośny płacz i już było wiadomo, że wszystko jest w najlepszym porządku. Przed Renatą była teraz druga część porodu, czyli urodzenie łożyska. To nieoczekiwanie okazało się trudniejsze niż urodzenie dziecka. Pamiętam, że lekarz nieźle się napocił, zanim usunął całe łożysko z macicy i trwało to koszmarnie długo. W międzyczasie zadzwoniłem do rodziców, aby mogli sobie posłuchać głosu swojej wnuczki. Po jakimś kwadransie podeszła do mnie pielęgniarka i dała mi córkę. Przyznam, że nigdy w życiu nie trzymałem w ręku nic choćby w części tak cennego. Sama świadomość, że jest to nowe życie i w dodatku takie bezbronne, sprawiała, że ręce drżały mi mocno. Tutaj jednak przyszedł mi z pomocą ojcowski instynkt, o ile bowiem nigdy nie przepadałem za dziećmi i pojęcia bladego nie miałem, jak takie maleństwo trzymać, to wtedy jakoś automatycznie ręce ułożyły mi się właściwie, jakbym w życiu nic innego nie robił. Po chwili jednak musiałem z niechęcią oddać jeszcze naszą córeczkę pielęgniarkom, które musiały ją poważyć, pomierzyć itp.

Mama natomiast musiała jeszcze na swoją dzidzię poczekać. Lekarz cały czas zmagał się z tym nieszczęsnym łożyskiem. Dobre półtorej godziny trwało, zanim poród definitywnie się zakończył. Wreszcie, gdy usunięto z Renaty wszystko, co nie było jej do niczego potrzebne (a zaręczam, że widok tej bryły materii był nader nieprzyjemny), oddano nam dziecko, przygaszono światła i zostawiono nas samych.

Wyczerpana Renata mogła wreszcie przytulić do siebie Weronikę, która z kolei mogła w końcu przekąsić swoje pierwsze w życiu śniadanie. Cisza, która zapadła, była najpiękniejszą w świecie muzyką.

Autor: Grzegorz Tomporowski

Komentarze Facebook

Aby dodać treść zaloguj się lub wyślij na adres redakcji)

Spróbujcie na chwilę przenieść się do tego zapomnianego świata listów i weźcie udział w naszym konkursie na najpiękniejszą pocztówkę „Pozdrowienia z domu”!

"Pozdrowienia z domu”? A czemu nie! Przywykliśmy do pozdrowień z nad morza, z gór, z Korsyki lub Egiptu… Na pewno wiele jeszcze takich pozdrowień wyślecie i otrzymacie. Teraz wszyscy powinni zostać w swoich domach, ale to też miejsca inspirujące i niezwykłe, w których można robić wiele ciekawych rzeczy. 

Zróbcie więc pocztówkę „Pozdrowienia z domu” i zostańcie w domach, nie dając się nudzie! #pozdrowieniazdomu #zostańwdomu

Co trzeba zrobić?

Przygotuj pocztówkę metodą kolażu, czyli przyklejając do kartki najróżniejsze domowe skarby, możesz coś domalować lub dopisać. Możesz zainspirować się pocztówkami Pani Marianny Sztymy. 

Na każdej pocztówce obowiązkowo musi znaleźć się napis „Pozdrowienia z domu!”. Format pocztówki - A6.
Sfotografuj ją i prześlij na adres podany na dole strony. To nam wystarczy. Pocztówka niech zostanie u ciebie, gdy będzie można wychodzić na pocztę, mamy nadzieję, że wyślesz ją do kogoś kogo bardzo lubisz.

Do wygrania:

Nagrody! Będą! A jakże! Dla 3 pierwszych miejsc przygotujemy zestawy książek -  dostosujemy je do wieku uczestnika:)  Będą o podróżach i przygodach, bo wiemy, że takie lubicie.
10 osób (w tym 3 pierwsze miejsca) otrzymają skarby niezwykłe - prawdziwe pocztówki od Pani Marianny Sztymy. Zaprojektowane przez nią i mamy nadzieję z serdecznymi pozdrowieniami! :)

Termin nadsyłania prac - 9 kwietnia 2020.

Zwycięzcy zostaną wyłonieni i poinformowani o wygranej drogą mailową do dnia 15 kwietnia 2020.

Konkurs organizowany przez CzasDzieci.pl oraz Międzypokoleniowy Festiwal Literatury Dziecięcej.

Więcej informacji o zasadach konkursu i polityce prywatności na stronie współorganizatora: Konkurs plastyczny - CzasDzieci.

Chcesz poinformować o konkursie, akcji lub ciekawym wydarzeniu, które organizujesz? Możesz to zrobić z poziomu swojego profilu na BlogiMam:)

Kochane Mamusie, nadeszła ta długo oczekiwana chwila, staruszka BlogiMam odmłodniała! I jest teraz Super Laską! haha:)

Jak Wam się podoba?

Gdybyście zauważyły jakieś techniczne problemy, proszę piszcie od razu! Na FB lub w komentarzach tutaj, dziękujemy:*

Patronat BlogiMam

Wpisy z blogów Mam