"Chruściana baba" - Człowiek musi pomagać drugiemu człowiekowi! (Prawdziwa historia)

Dawno, dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką a do zabawy wystarczały dzieciom kółko, patyk, szmaciana lalka i drewniane klocki, do wsi, gdzie mieszkałam wraz ze swoimi rodzicami i licznym rodzeństwem, sprowadziła się nagle jakaś obca kobieta.

Zamieszkała w starej, przez lata opuszczonej, walącej się chacie na skraju wsi, tuż pod lasem. Nikt jej nie znał, nikt nie wiedział kim jest i po co do naszej wsi przyjechała. Nikt jej o nic nie pytał, nikt z nią nie rozmawiał. Mieszkała samotnie i nikt jej nie odwiedzał. Żyła bardzo skromnie ale mimo to przygarnęła do siebie kulawego psa bez jednej nogi, bezdomnego przybłędę, który kręcił się po naszej wsi, ku uciesze dzieci, wołających za nim: "trójnogi pies, trójnogi pies, złap mnie", uciekających i chichoczących przy tym głośno.

Kobieta ta prawie nie opuszczała swojego domu, z rzadka można ją było zobaczyć jak szła przez wieś z dużym, starym, połatanym worem, pełnym chrustu. To właśnie z powodu tego chrustu mieszkańcy wsi zaczęli ją nazywać "Chruściana Baba" a co większe dzieciaki przezywały "Baba z worem! Baba zworem!". Kobieta nie reagowała na zaczepki, szła dalej w milczeniu. Nigdy się nie odezwała, do nikogo nie uśmiechnęła, nikogo nie pozdrowiła.

Rozmawiała tylko ze swoim okaleczonym psiskiem, który stał się jej największym przyjacielem. Mieli tylko siebie. Dzieci ze wsi, biegnąc do lasu, musiały mijać jej obejście. Czasami widziały, jak się krząta przy chacie, rąbie drwa na polana, łata dziurawy dach, pielęgnuje maluteńki ogródek albo po prostu siedzi przed chałupą i głaszcze Trójnogiego.

Mieszkańcy wsi przywykli do Baby a ona przywykła do nich i nikt nikomu w drogę nie wchodził. Pewnego dnia dzieci zauważyły kilka mioteł z brzozowych witek, opartych o ścianę chałupy Chruścianej Baby. Zaczęto we wsi rozpowiadać, że to wiedźma i czarownica, a głównie po to, by straszyć nią małe dzieci. Matki nieraz mówiły: "będziesz niegrzeczna to przyjdzie wiedźma z worem i cię zabierze..." , "jak będziesz taki niegrzeczny, to przyleci czarownica na miotle i cię porwie..."

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Bieluśki, błyszczący śnieg zasypał całą wieś a wszyscy mieszkańcy byli zajęci przygotowaniami do świąt. Kobiety sprzątały, prały, gotowały, piekły, mężczyźni pomagali w obejściu, przygotowywali mięsiwa, ścinali choinki, dzieciaki robiły ozdoby choinkowe.

W ferworze prac przedświątecznych każdy był pochłonięty swoimi sprawami i nikt nie przejął się ujadaniem jakiegoś psa, dobiegającym spod lasu. Jedynie moja najmłodsza siostrzyczka, śliczna, jasnowłosa dziewuszka, robiąc z rodzeństwem łańcuch na choinkę powiedziała, nie podnosząc główki znad łańcucha: " Tlójnogi płacie". Mama z Tatą spojrzeli na siebie, ubrali się i bez słowa wyszli. Wrócili po godzinie, najpierw weszła do domu Mama, zaraz za nią Tata niosący na rękach... Chruścianą Babę.

Wszystkie dzieci stanęły jak wryte, młodsze schowały się za starsze, w domu zapanowała cisza jak makiem zasiał. Po dłuższej chwili jako pierwszy poruszył się mój starszy brat, największy rozrabiaka we wsi i szepnął z lękiem w głosie: "Baba z worem". Mama nie zważając na zdziwienie i strach dzieci, szybko posprzątała komórkę, przygotowała siennik i posłanie a Tata ułożył na nich Chruścianą Babę. 

Żaden dorosły z nami nie rozmawiał, nikt niczego nie tłumaczył. Tata wyszedł i po jakimś czasie wrócił do domu, prowadząc lekko chwiejącego się na nogach, wiejskiego lekarza. Na progu domu leżał z niepokojem w psich oczach, jedyny przyjaciel naszego niespodziewanego gościa. Lekarz tymczasem wszedł do komórki a potem poprosił do siebie rodziców. Staliśmy w kuchni patrząc na siebie, bojąc się odezwać.

Mama wróciła do nas i widząc kilka par oczu wlepionych w nią z pytającym wzrokiem, powiedziała spokojnie, tonem nie znoszącym sprzeciwu: "Pani Jadzia miała wypadek. Naprawiając dziurawy dach pośliznęła się, upadła i złamała nogę. Na szczęście złamanie nie jest skomplikowane. Lekarz zakłada gips." A po chwili dodała: "Pani Jadzia zostanie tutaj tak długo jak to będzie konieczne. Przyprowadźcie psa do domu." I prawie szeptem, do siebie: "Biedna kobieta". Pani Jadzia? Biedna? Zostanie? Jak to? - tysiące pytań rodziło się w naszych małych główkach ale żadne z dzieci nie miało odwagi kwestionować słów Mamy.

Dziecięca ciekawość mieszała się na przemian ze strachem. Chruściana Baba mieszkała z nami pod jednym dachem i choć bardzo chcieliśmy dowiedzieć się o niej czegoś więcej, z drugiej strony jednak baliśmy się zajrzeć do komórki. Nie bardzo też mieliśmy na to czas, zajęci obowiązkami szkolnymi i domowymi. Tylko w szkole koledzy nie mogli uwierzyć w to, co się stało i straszyli nas, że wiedźma rzuci na nas czar albo klątwę albo urok. Ale jakoś dziwnie nic złego się nie działo.

W przeddzień Wigilii, kiedy kładliśmy się spać i z emocjami planowaliśmy, w co się każdy ubierze, kto z nas zje więcej i czy wytrzymamy do pasterki, nasza najmłodsza siostrzyczka powiedziała znienacka: "A Baba Jadzia jest dobla". Być może? - nie zastanawialiśmy się długo, każdy zajęty myśleniem o prezencie, jaki dostanie pod choinkę.

W Wigilię jak zwykle Mama pięknie przygotowała stół: wyciągnęła biały, krochmalony obrus, świąteczne sztućce i zastawę, używane tylko na wielkie okazje a pod obrus włożyła sianko. Na stole położyła 12 pachnących potraw, opłatek wigilijny i jak co roku, dodatkowy talerz, dla zbłąkanego wędrowca. Po wspólnej modlitwie, przełamaniu się opłatkiem i złożeniu życzeń każdy
każdemu, Tata mrugnął porozumiewawczo do najmłodszej córeczki. Ku naszemu zdumieniu, mała poszła do komórki i po chwili stanęła w drzwiach trzymając za rękę Chruściana Babę. "Pani Jadziu zapraszamy" powiedziała Mama, ale kobieta nie ruszyła się z miejsca. Tato poderwał się od stołu i bardzo wolniutko pomógł gościowi podejść do nas i zająć miejsce przy naszym stole. "Wesołych Świąt" powiedziała Mama i podała Pani Jadzi opłatek. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową.

Jedliśmy w zupełnej ciszy, całkiem inaczej niż w każdą poprzednią Wigilię. Nikt się nie śmiał, żadne dziecko nie żartowało, rodzice także byli skupieni bardziej niż kiedykolwiek. Po spróbowaniu wszystkich 12 potraw, Mama oznajmiła, że ma dla nas niespodziankę. Na stół wjechała ogromna
drożdżowa baba z lukrem i skórka pomarańczową. "To ciasto upiekła dla nas Pani Jadzia" - rzekła Mama. "Gdzieżby, tylko przepis dałam" - pierwszy raz usłyszeliśmy głos Pani Jadzi. Był cichy, skromny i ciepły.

Nigdy przedtem nie jedliśmy tak pysznego ciasta drożdżowego; choć byliśmy najedzeni, ciasto zniknęło ze stołu w mgnieniu oka. "Zobacz czy jest już pierwsza gwiazdka" - Tata z uśmiechem w głosie wydał polecenie starszemu bratu - "Czas na prezenty". "Jest" zawołał uradowany brat a siostrzyczka zapytała Panią Jadzię: "Mogę na Ciebie mówić Babcia?"

W naszym domu panował pewien zwyczaj, wywodzący się z przekonania, że to aniołki przynoszą prezenty. Wszystkie dzieciaki razem z Mamą przeszły do drugiej izby, Pani Jadzia z pomocą Taty usiadła w starym fotelu przed kominkiem i obiecała, że zamknie oczy, by nie płoszyć aniołków, jak już się pojawią z prezentami.

Tata uchylił okno w tej izbie, gdzie stała choinka, aniołki teraz miały prostą drogę do rzucania prezentów. Po chwili przyszedł do nas i wspólnie oczekiwaliśmy na ten niezwykły moment. Potem Mama wyszła, by okno zamknąć.

Kiedy wszyscy podbiegliśmy pod choinkę okazało się, jak co roku, że jest pod nią pełno prezentów. Zaczęliśmy na wyścigi rozdzierać papier i pudełka! Prezenty były cudowne, każdy dostał to, czego pragnął. Pod choinką znalazły się i lale i książki i miś i piłka i wrotki i ubranka i słodycze. Nawet Mama i Tata dostali prezenty. Ale najdziwniejsze było to, że i Pani Jadzia dostała prezent: piękną, kolorową wełnianą chustę.
"Dziękuję Wam, dziękuję, dziękuję bardzo... kochani" - Pani Jadzia uśmiechnęła się, przytuliła chustę do policzka i zaczęła płakać". "Co się stało?"- spytała zaniepokojona Mama. "Tak mi przykro, ja nic dla was nie mam" - Pani Jadzia starła łzy rękawem. "Dobre słowo wystarczy" - uśmiechnął
się Tata. "Dajcie tu Trójnogiego, niech się ogrzeje przy kominku, może coś do nas zagada, w końcu Wigilia, nie?"

"Babciu, opowiedz nam tę bajkę, tę któlą mi opowiadałaś w komólce, tę, wies, o tej dziewcynce, co chlebek podeptała, opowiedz..." - odezwała się najmłodsza siostra, głaszcząc psa, który usadowił się na kolanach Pani Jadzi - "Opowies?". Pani Jadzia spojrzała pytającym wzrokiem na rodziców a
oni obydwoje z uśmiechem skinęli głowami.

Usiedliśmy wokół kominka, z którego tryskały wesołe płomyki a Pani Jadzia opowiadała bajki. I o
dziewczynce, co chleb podeptała i o chłopcu, który przebył pół świata by odszukać swoja Mamę i o innych grzecznych i niegrzecznych dzieciach. Opowiadała, opowiadała, opowiadała, polana w kominku się paliły, pies otulony wełniana chustą cicho sapał a śnieg sypał, sypał i sypał.
"Wystarczy już, bo zamęczycie Panią Jadzię" - powiedziała Mama a Tata dodał: "Ubierajcie się, czas na pasterkę".

Kiedy wychodziliśmy z domu, Babcia Jadzia siedziała dalej na fotelu przed kominkiem, lekko uśmiechnięta, a u nóg jej spał, ze szczęśliwą miną na psim pysku, Trójnogi. Pomachała nam na pożegnanie. Po powrocie z pasterki, zastaliśmy Babcię śpiącą w fotelu, z psem na kolanach i wełnianą chustą w garści. Mama przyłożyła palec do ust, na znak, że mamy być cicho i w milczeniu wskazała nasze pokoje. Zwykle w Wigilię trudno nas było wygonić do łóżek ale tamtej nocy wszyscy byliśmy tak zmęczeni wrażeniami całego dnia, że położyliśmy się spać chyba nawet bez wieczornego mycia. Śniły nam się bajki opowiedziane przez Babcię Jadzię, mieszały się historie i bohaterowie.

Spaliśmy bardzo długo, dłużej niż zwykle. W kominku tlił się jeszcze żar, pamiątka po wesołych płomykach minionej nocy ale Babci Jadzi nie było. Najmłodsza siostra pobiegła do komórki. "Gdzie Babcia Jadzia?" - zapytała Mamę, widząc, że komórka jest pusta. "Odeszła" -powiedziała smutno Mama.
"Jak to odeszła, przecież ma złamaną nogę" - odparł zdziwiony brat -rozrabiaka. "Umarła dzisiaj w nocy" - wyjaśniła Mama i skierowała wzrok na najmłodszą latorośl: "Poszła do nieba do aniołków" "Usiądźcie" - Mama wskazała ręką stół ze świątecznym śniadaniem ale nikt nie miał ochoty na
jedzenie. "Usiądźcie, wszystko Wam opowiem".

I Mama opowiedziała nam bardzo smutną historię Babci Jadzi. Mówiła o śmierci jej rodziców, o stracie męża, o tym jak została sama z dziećmi, a one umierały jedne po drugim i o tym jak radziła sobie samiuteńka na świecie... "Życie bardzo ciężko się z nią obeszło... umarła dzisiaj w nocy, kiedy my byliśmy na pasterce. Ona i Trójnogi... też, razem z nią..."

"To niesprawiedliwe" - powiedziałam wtedy głośno, nie myśląc o tragicznym losie tej kobiety ale o tym, ze jeszcze wczoraj mieliśmy Babcię Jadzię, która cudownie opowiadała bajki i piekła najpyszniejsze drożdżowe ciasto na świecie. "Życie rzadko bywa sprawiedliwe i dlatego człowiek musi pomagać drugiemu człowiekowi" - Mama pogłaskała mnie po głowie, a Tato dodał: "Świeczce nie ubędzie jak zapali się od niej drugą"

Dziś jako dorosła osoba, wiele lat po tamtej Wigilii, mając własną rodzinę i dzieci nie mam pewności, czy Mama miała rację mówiąc, że życie rzadko bywa sprawiedliwie. Ale jestem pewna, że miała rację każąc nam pomagać innym. Dziś sama wiem, ze miłość i dobro mnożą się, kiedy je człowiek dzieli. Nigdy nie wolno obojętnie przechodzić wobec nieszczęścia, choroby, biedy, czy cierpienia drugiej istoty. Nigdy nie wiemy, kiedy sami będziemy potrzebować pomocy. Tego uczę swoich dzieci.

Tata powiedział tamtego wieczoru, że wystarczy dobre słowo. Rzeczywiście, czasami wystarczy, rzecz w tym, by zdążyć je powiedzieć drugiej osobie. Tego też uczę swoich dzieci.

 

Aleksandra Mazur

Komentarze Facebook

Aby dodać treść zaloguj się lub wyślij na adres redakcji)

Spróbujcie na chwilę przenieść się do tego zapomnianego świata listów i weźcie udział w naszym konkursie na najpiękniejszą pocztówkę „Pozdrowienia z domu”!

"Pozdrowienia z domu”? A czemu nie! Przywykliśmy do pozdrowień z nad morza, z gór, z Korsyki lub Egiptu… Na pewno wiele jeszcze takich pozdrowień wyślecie i otrzymacie. Teraz wszyscy powinni zostać w swoich domach, ale to też miejsca inspirujące i niezwykłe, w których można robić wiele ciekawych rzeczy. 

Zróbcie więc pocztówkę „Pozdrowienia z domu” i zostańcie w domach, nie dając się nudzie! #pozdrowieniazdomu #zostańwdomu

Co trzeba zrobić?

Przygotuj pocztówkę metodą kolażu, czyli przyklejając do kartki najróżniejsze domowe skarby, możesz coś domalować lub dopisać. Możesz zainspirować się pocztówkami Pani Marianny Sztymy. 

Na każdej pocztówce obowiązkowo musi znaleźć się napis „Pozdrowienia z domu!”. Format pocztówki - A6.
Sfotografuj ją i prześlij na adres podany na dole strony. To nam wystarczy. Pocztówka niech zostanie u ciebie, gdy będzie można wychodzić na pocztę, mamy nadzieję, że wyślesz ją do kogoś kogo bardzo lubisz.

Do wygrania:

Nagrody! Będą! A jakże! Dla 3 pierwszych miejsc przygotujemy zestawy książek -  dostosujemy je do wieku uczestnika:)  Będą o podróżach i przygodach, bo wiemy, że takie lubicie.
10 osób (w tym 3 pierwsze miejsca) otrzymają skarby niezwykłe - prawdziwe pocztówki od Pani Marianny Sztymy. Zaprojektowane przez nią i mamy nadzieję z serdecznymi pozdrowieniami! :)

Termin nadsyłania prac - 9 kwietnia 2020.

Zwycięzcy zostaną wyłonieni i poinformowani o wygranej drogą mailową do dnia 15 kwietnia 2020.

Konkurs organizowany przez CzasDzieci.pl oraz Międzypokoleniowy Festiwal Literatury Dziecięcej.

Więcej informacji o zasadach konkursu i polityce prywatności na stronie współorganizatora: Konkurs plastyczny - CzasDzieci.

Chcesz poinformować o konkursie, akcji lub ciekawym wydarzeniu, które organizujesz? Możesz to zrobić z poziomu swojego profilu na BlogiMam:)

Kochane Mamusie, nadeszła ta długo oczekiwana chwila, staruszka BlogiMam odmłodniała! I jest teraz Super Laską! haha:)

Jak Wam się podoba?

Gdybyście zauważyły jakieś techniczne problemy, proszę piszcie od razu! Na FB lub w komentarzach tutaj, dziękujemy:*

Patronat BlogiMam

Wpisy z blogów Mam