Wyluzowana.

Przyszła dziś do mnie mama.Akurat usypiałam Frycia. Taka popołudniowa drzemka. Zwykle wygląda ona tak, że korzystając z faktu,iż jestem absolutnie niezbędnym narzędziem do spania mojego synka, przymykam wówczas oko, próbując nadrobić nocne zaległości. Bo te z Was, które doświadczyły kiedykolwiek głębokiego, nawarstwionego niewyspania, wiedzą że jest ono strasznie niebezpieczne zarówno dla niewyspanej, jak i dla wszystkich otaczających ją domowników. Że już nie wspomnę o frontach kuchennych i szufladach. No chyba, że wyposażone są w automatyczne hamulce...To wtedy nawet sobie spokojnie pieprznąć nie można...W każdym razie przyszła mama, więc odkładam mojego nicponia i zapraszam do kuchni na kawkę.A mama na to, że ona nie chciałaby mi przeszkadzać, bo widzi, że mam sporo zajęć i pewnie wolałabym w tym czasie sobie posprzątać...I wtedy dopiero GO zobaczyłam. Ten wszechobecny syf.Wszędzie.Od rana był kocioł. Fryniu postanowił, że stacjonarnie to on spać nie będzie, więc wpakowałam go w wózek i udałam się na długi spacer. Długi, bo dla odmiany chłopczyk mój spał sobie w najlepsze, podczas gdy ja zrobiłam pieszo chyba z piętnaście kilometrów. Potem odwiedziliśmy mojego dziadka, bo byliśmy w okolicy. Następnie odebraliśmy Nacia z przedszkola. Zrobiliśmy i zjedliśmy obiad.

Komentarze Facebook