Żyjmy ekologicznie

W komentarzach pod notką o pieluchach wielorazowych rozbujał się temat sortowania śmierci. Od kilku tygodni miałam zaczętą notkę o ekologii, zdopingowaliście mnie do jej skończenia. Dziękuję i zapraszam do lektury :-)

Fascynuje mnie, że to, co w latach mojego dzieciństwa było oczywiste, obecnie wymaga zachęcania i jeszcze można na tym zarobić. Mam tu na myśli ekologię.

Nie znałam tego słowa jako dziecko, nikt mnie nie uczył, że śmieci należy segregować. Ale było oczywiste, że niczego się nie wyrzuca, bo wszystko do czegoś się przydaje. Być może to kwestia mentalności wiejskiej, ale w moim domu rodzinnym wyglądało to tak:

Puszki po konserwach zanosiło się do garażu na śrubki taty, papier składało się na makulaturę do szkoły albo służył na podpałkę do pieca, szklane butelki były zwrotne, słoiki zostawiało się na przetwory, znoszone ubrania służyły „po domu” albo „do pola”, obierki i resztki jedzenia zjadały świnie i kury.

Wszystko w domu myło się octem i płynem do naczyń, na zakupy szło się z własną siatką, często uszytą własnoręcznie. Masło czy marmoladę z bloku ekspedientka owijała w szary papier, podobnie mięso i wędliny.

Plastików w ogóle nie było. Pamiętam, jak na początku lat 80. Tata przywiózł nam z NRD plastikowe kubki z uszkiem. To był hit! Nosiłam taki kubek na mleko do szkoły i nie było ryzyka, że się stłucze.

Komentarze Facebook