sukces

No to dzisiaj udała mi się rzecz wielka. 

Pojechałam do pracy na kółeczku. I na kółeczku wróciłam. Cała (no dobra, z jednym siniakiem na łydce), bez ofiar w ludziach i mieniu.

Wszystko dzięki tacie, który nie dość, ze sprezentował mi kółko, nękał, żebym ćwiczyła, to jeszcze pożyczył teraz na trochę takie nieco łatwiejsze - z podwójnym kołem, które się nie wywraca tak łatwo. 

Jestem z siebie dumna, bałam się okropnie, że się wywalę jak zezowaty słoń na Chińskim Murze, ale dojechałam do celu. 

Oczywiście na razie to do poziomu Piotrka to mi brakuje baaardzo dużo, on jest mistrzem, a ja stawiam pierwsze kroki... no, pierwsze kółka. Ale jednak jest to postęp w domu i zagrodzie. 

Pożytków z tego mnóstwo, i nie zasmradzam okolicy samochodem (dobra, wcześniej też nie zasmradzałam, tylko chodziłam na piechotę),  i szybciej, i ćwiczy mięśnie pleców i stóp (o tych ostatnich nie wiedziałam nawet, że je mam) oraz równowagę, łatwo parkować - zmieści się pod biurkiem, szybko ładuje....

Możecie gratulować!!!!

Komentarze Facebook