rozpaczliwa fizyka

Obejrzeliśmy dziś ze Skorupiakiem podręcznik do fizyki Potomka Starszego.

I opadły nam wszystkie witki.

Ja z fizyki zawsze byłam cienka, przez calusieńką szkołę była to moja zmora. Dopiero teraz widzę, że tak naprawdę to nie ja byłam słaba, tylko miałam marną fizyczkę w podstawówce, a potem to już miałam takie braki, ze poszło dalej. 

Teraz przeglądając podręcznik jestem w stanie wychwycić bzdury. 

A zadania, które oni mają są na poziomie starego, coraz mniej śmiesznego dowcipu "pokoloruj drwala". Do tego bez niezbędnego aparatu matematycznego, który pojawi się czasem rok później, bo co tam, przecież nie ma obowiązku skorelowania programu fizyki z matematyką. A jak nie ma, to każdy przedmiot idzie sobie.

Trzyletniemu Piotrkowi tłumaczyłam różne zjawiska fizyczne w sposób taki, ze rozumiał. Oczywiście bez wzorów, symboli i definicji, bo i po co? Chodziło o to, żeby zrozumiał mechanizm, a nie umiał policzyć. Tylko jak dzieciaki mają cokolwiek zrozumieć, jeśli nie ma ciągłości materiału? Pozostaje bezmyślne kucie na pamięć.

Nic dziwnego, że w szkole mało kto lubi fizykę. Ja też jej nie znosiłam. A teraz widzę, ze może być fajna, pod warunkiem, że się ją sensownie prowadzi.

Biedne dzieciaki.... I niech szlag trafi minister Annę Zalewską za cały ten kosmiczny bajzel edukacyjny!

Komentarze Facebook