Po przygodę - Słowacja z samochodu

Kiedy pakuję walizkę na te parę dni, które mają nam zastąpić dwa miesiące rodzinnych wakacji mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony to przecież dobrze, że spędzimy ten czas prawie razem, bo znów musimy połączyć pracę ze zwiedzaniem i odpoczynkiem. Z drugiej strony przez dwa miesiące mieliśmy tylko dla naszej trójki parę weekendów razem i liczyłam, że w ten czas nie wtrąci się praca.

Ale wsiadamy do samochodu. Udajemy, że nie wieziemy ze sobą żadnych narzędzi do pracy, które zajmują prawie całą naszą powierzchnię załadunkową forda. Wsiadamy, zabieramy psa i babcię. Kupujemy kawę i delektujemy się jej smakiem.

Zostawiamy psa z babcią u dziadka. Oglądamy najpiękniejszy spektakl natury jakim są jesienne liście w górach. Lasy bukowe czerwienią się. Pomarańczowe liście przeplatają się z żółtymi. Gdzieniegdzie jesienno-zielone choiny kontrastują z tymi krajobrazami. Wiatr niesie suche liście w dal.
Góry pachną najpiękniejszą, słoneczną jesienią.

Żegnamy się ze wszystkimi, wsiadamy i droga niesie nas przed siebie.
Do granicy. W oddali Tatry.
Jak zawsze ściska mnie w dołku. Już mam sprawdzone, że nigdzie indziej mnie tak nie ściska.
We Włoszech ściskało też ale mniej, w innych częściach naszego kraju po prostu mi się podoba, ale nie ściska - nic a nic. Tylko niezmiennie czuję to na ich widok. Respekt i majestat mam wyryty w sercu. Chociaż widziałam już wyższe, straszniejsze góry. Nic nie porusza mnie jak one. Najukochańsze.

Komentarze Facebook