plany plany....

Na jutro miałam zaplanowany intensywnie biegany dzień. Rano Grzechotka odstawić do przedszkola, zabrać od taty Grandę i na 9 zawieźć ją do weta na sterylizację, potem galopem do Instytutu Hematoligii i Transfuzjologii załatwiać podopiecznemu citową konsultację przed przyjęciem do szpitala, odebrać psa, odebrać Grześka z piłki po przedszkolu.

Skorupiak rano na roraty, wieczorem też coś tam ma, wróci późno.

I nic z tego, wali się wszystko.

Grzesiek ma 39 stopni. Do przedszkola nie pójdzie, ktoś musi z nim zostać. Do tego u weta coś pokiełbasili i przed chwilą dowiedziałam się, ze jest łapanka na lekarza, który zoperuje Grandę, bo pani, która miała to jutro zrobić, nie ma dyżuru. A tata dostosował plany do operacji jutro i nie chce się zgodzić na kolejna zmianę terminu. 

Jedna moja podopieczna chyba by apopleksji dostała, gdybym znowu poszła na zwolnienie. Jej syn już się rzucał o moje nieobecności, ale ona zdaje sobie sprawę, ze jak zażąda zmiany opiekunki to może trafić dużo gorzej.

O jejku, jejku, jak ja mam to ogarnąć? W takich momentach dochodzę do wniosku, ze praca w moim przypadku jest co najmniej kłopotliwa, bo Grzesiek jest za mały, żeby go zostawić samego. Finansowo różnica niewielka, a przynajmniej nie musiałabym się tak teraz spinać, jak to ogarnąć i jak go dostarczyć do naszego doktorka w godzinach jego pracy a nie wtedy, kiedy ja mogę.

Komentarze Facebook