Jak śliwka w kompot.

Nastawię kompot.Taki dzień i pora taka domowa.Kompot będzie dobry. Ze śliwek.Nastawiłam.Z łyżką miodu.Bo cukier to biała śmierć. I próchnica!Przecież każda matka to wie.Cedzę ten kompot przez durszlak, bo owoce tak dojrzałe były, że nieco się rozpadły.Cedzę i dumna jestem.Taki mi ładny wyszedł.Kompot.Domowy.Dlaczego ja tak rzadko gotuję kompoty?Kurcze. Pierwszy raz tego lata.Co ze mnie za gospodyni? Co za matka ze mnie?Nie to co moja babcia...Babcia to dopiero była obrotna. Kompot był zawsze. Z cukrem.I ciasto. I mielone nasmażone takie, że hej.Ze świnki.I zupa mąką bielona. Gęsta. Z białym ryżem. Mmmm.Babcia miała zawsze poprane, poprasowane, porządek jak w pudełku, podłogę jak lustro.I zapraw wszelkich zawsze mnóstwo.ZAWSZE.I sałatkę z jarzyn z rosołu, żeby się nie zmarnowały.Dzieci pomyte, pocerowane, posłuszne, uczciwe i samodzielne. Czworo.Babcia też pracowała.Ciężko.I przypuszczam, że nigdy się nie zastanawiała.Nie analizowała czy ten gluten to aby zdrowy. Czy drób lepszy od wieprzowiny. Czy cukier szkodzi. Czy dobrze zrobiła, że tyłek nieletni sprała czy nie. Czy jest dobrą matką...Nie miała na to czasu.Była najlepszą, jaką umiała.A ja?W chacie częściej nieogar, niż jak w pudełku. Podłoga...Ehhh.Pranie do prasowania czeka dni co najmniej trzy. Na balkonie to czasem i ze cztery razy zdąży zmoknąć i wyschnąć na zmianę.Bo wolę ten czas synowi poświecić. Tulić, gdy tylko tego zapragnie. Grać razem i lepić z ciastoliny. Bajkę wspólną obejrzeć. Na spacer pójść daleki.

Komentarze Facebook