Gość w dom

    Był jeden z tych dni kiedy to miałam do zrobienia więcej niż zawsze, a nie chciało mi się bardziej niż zwykle. Na szczęście nie były to rzeczy niecierpiące zwłoki. Prasowanie można zrobić kiedykolwiek, na obiad zamiast pierogów mogą być przecież pyzy z marketu, a naczynia zmyje zmywarka zwana w w kręgach zbliżonych do domowych Bosią.
Siedziałam zatem na kanapie i nie malowałam paznokci. Ku wielkiej uciesze psa i kota. Jeden zwierz siedział po lewicy, a drugi wręcz przeciwnie. Ja stanowiłam centrum. Ściślej; Centrum Domowego  Dopieszczania  Zwierzyny Domowej. Oba darmozjady kudłate skwapliwie korzystały, że nie maluję i że mam wolne. Ręce. Umysł zresztą też nie skalał się  żadną głębszą myślą.

Komentarze Facebook